To nasz bieg kolektywny

Opublikowano przez admin dnia

Z oddali słyszę krzyki pełne radości, pulsujące życiem. Co chwilę rozlega się śmiech, oklaski. Wieczorny camping tętni życiem, blisko sto osób gra w bingo.
Z nieoddali płyną do mnie piękne dźwięki chacarery, do której tańczą ludzie z okolicznego namiotu z malutkimi dziećmi na rękach. Moment, którym byłabym zwykle zachwycona, staje się akurat dziś nieznośny – mój umysł chce eksplodować, dosłownie rozlecieć się na tysiąc kawałków, żeby uwolnić się od napięcia. To chwila, w której czuję, że osiągam apogeum i wystarczy jeszcze kilkanaście sekund, a naprawdę wybuchnę. Na szczęście ktoś zaczyna walić czymś w mój namiot i okazuje się, że mam jeszcze energię na to, żeby się przestraszyć i chcieć zorientować się w sytuacji.
Leżę z wysoką gorączką. W hamaku, na pograniczu Urugwaju i Brazylii. Nie zrobiłam teoretycznie nic, a czuję się, jakbym przerzuciła 10 ton węgla. Odczuwam presję , że powinnam już coś stworzyć, powinnam już wiedzieć. I wiem, że nie jestem w tym sama. Że w tym samym momencie co najmniej kilkadziesiąt milionów ludzi jest w podobnym stanie, wyobrażając sobie, że już coś powinni. Wiedzieć, stworzyć, mieć, urodzić, zarobić, naprawić, zmienić. Ciało odchorowuje emocje, ja odchorowuje presję, którą sobie wytworzyłam i podlewam ją konewkami mediów społecznościowych.
Przecież tyle już wiesz, tyle rozumiesz – mówi do mnie Wiking (to część mojego umysłu, która nie zawsze mi sprzyja. Taka nazwa z racji, że Wiking jest zdolny do wielkich i odważnych rzeczy, i wiele razy to pokazał, ale czasem organizuje mi napady rabunkowe, np. na miłość do siebie, spokój i takie tam różne. Mimo wszystko chcę mieć dla niego szacunek i godnie go nazywać) – to dlaczego dajesz się w to wciągać, Wiki? – mądrzy się dalej.
Ano Wiki daje się czasami wciągać, bo trochę takie czasy i zapomina, że umie inaczej. Czasy, w których nasze lokalne podwórko, zamieniło się w globalne i mamy podgląd na wszystko. A to wszystko jest przeważnie najlepszą sferą życia osoby dzielącej się. Więc podglądamy sobie takie The Best Of The Best każdej z osób, kolektywny obrazek często niechcąco sklejając w jedność. I wychodzą same najlepszości: tu piękna rodzina, tu ktoś pracuje zdalnie z domu nad oceanem, ktoś świetnie rozwija biznes, tu ktoś ma związek albo figurę marzeń, kończy kolejne studia i certyfikacje, awansuje na wysokie stanowisko, ktoś w końcu propaguje namiętnie zdrowy styl życia i zalewa nas zielonym koktajlami, których zdjęcia oglądamy jedząc ukradkiem czekoladę.
A że dużo z nas mieszka ciągle w poczuciu bycia niewystarczającym, bycia nie-jakimś w którymkolwiek z obszarów, to tak magicznie potrafimy przenieść fokus właśnie na ten wybrakowany obszar, porównując się z innymi i dokładając sobie samemu wdzięcznie basebolem. I tak ciśniemy, wierząc, że jak jeszcze zrobimy XYZ, to siebie zaakceptujemy, to inni nas zaakceptują. Wierząc, że jak schudniemy, jak znajdziemy super partnera, będziemy więcej zarabiać, jak się czegoś nauczymy, jak przestaniemy, jak zaczniemy, naprawimy, przerobimy… to będziemy OK. Po czym okazuje się najczęściej, że jak już przerobimy, to znowu jest coś do przerabiania i oczywiście mamy dość, ale ciśniemy dalej. Jak biedny, wycieńczony chomik biegnący w kole, patrząc się na inne chomiki, też biegnące w kołach i dostosowując swoje tempo do nich. W głowie podszepty: więcej, lepiej, wejdź na wyższy poziom. A chomik już tak zmęczony, że w dupie ma wyższy poziom, ale ciśnie dalej, tak wiele uwagi poświęcając innym chomikom, że często nawet nie pamięta albo nie wie, czego pragnie on sam dla siebie. Płacząc w głębi swojej istoty, a czasami nawet i tego nie słysząc. Do momentu, aż koło się nie rozwali i spadnie na nas w postaci kryzysu, choroby, rozstania, a my wylądujemy na podłodze. Rozkraczeni, poturbowani i w końcu nie będziemy mieć innego wyjścia, niż poświęcić sobie samemu trochę uwagi.
Nie jesteś w tym sam, Kochanie. To nasz kolektywny bieg.
Na szczęście na wiele rzeczy mamy wpływ: na to, na przykład, jak zaczniemy dzień, czy robimy coś dobrego dla siebie, na to jak odbieramy rzeczywistość, czym się otaczamy, kogo zapraszamy do naszego życia, w jaki sposób tworzymy relacje, czy słowami leczymy, czy kaleczymy. Czy staniemy po swojej stronie, czy będziemy realizować czyjś pomysł na nasze życie. Czy zamiast walenia siebie bejsbolem po głowie, damy sobie trochę współczucia i delikatności, a wtedy, kiedy trzeba – ruszymy z odwagą, pomimo lęku, wiedząc, że i tak prędzej czy później upadniemy, z upadku powstaniemy i tak w kółko.
Mam na imię Wiktoria i cieszę się na naszą wspólną podróż. Od 7 lat pracuję z grupami i osobami indywidualnymi, wspierając ich w rozwoju.  Jestem trenerem, certyfikowanym coachem w trakcie stażu psychoterapeutycznego. Pracowałam w korporacji, dla korporacji, w szkole, na uczelni wyższej. Najbliższe mi obszary to relacje damsko-męskie, relacje z rodzicami, niskie poczucie własnej wartości, kryzys, poszukiwanie własnej drogi, odwaga, wrażliwość, kobiecość/energia żeńska, komunikacja z serca, lęk przed oceną, kompulsywne objadanie się, uzależnienie od opinii innych. Tańczę tango i podróżuję. Jem wegańsko, do momentu, kiedy mam chwilę większej słabości i zjem ser albo mleczną czekoladę.
Kategorie: Travel

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Symbol zastępczy awatara

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *